Laboratorium białogłowy
Były zatem dwa rodzaje apteczki: jedna “dla zdrowia czyli jako lekarstwa”, druga “dla wygody i przyjemności czyli jako przysmaki”. Im dwór był bogatszy, tym zasobniejszą miał apteczkę. W magnackich pałacach bywały to nawet rozległe piwnice, zwane niegdyś sklepami. Częściej jednak apteczkowe specyfiki i specjały mieściła osobna izba znajdująca się w sąsiedztwie jadalni, albo jedna lub dwie szafki zamykane na klucz.
“Pamiętam jak przed trzydziestu laty najważniejszym zajęciem obywatelskiego życia było jedzenie” – pisał Leon Potocki w drugiej połowie XIX wieku i tak malował kulinarną codzienność zamożnego dworu litewskiego: “Dzień zaczynano od kawy ze śmietanką (...) Około godziny dziesiątej odwiedzić apteczkę, napić się po kieliszku anyżówki, kminkówki lub pomarańczówki i zakąsić pierniczkiem lub śliwką na rożenku, było rzeczą nieodzowną. O jedenastej gospodarz, przepiwszy do gości dużym kieliszkiem ajerówki (...) dla zaostrzenia apetytu, z kolei każdego częstował, po czym na lekką zakąskę zapraszał, ale ta zakąska składała się i z kołdunów, bigosu, kiełbas, i zrazów, a dokoła półmiski z ruladą, rozmaitą wędliną i serem. Porter i piwo towiańskie gasiło pragnienie. O drugiej podawano do stołu. Obiad poprzedzała wódka, a towarzyszyło wino (...). Po obiedzie roznoszono kawę ze śmietanką, w parę godzin później frukta i konfitury, pomiędzy którymi w lecie ogórki z miodem, a w zimie orzechy i mak smażony w miodzie najgłówniejszą odgrywał rolę. O szóstej następowała herbata z ciastem, a wnet potem ochoczy gospodarz wołał: - Panowie (...) zawód życia krótki, napijmy się wódki! O dziewiątej wieczerza złożona z pięciu lub więcej sutych potraw, z bojaźni, aby się z głodu nie przyśnili Cyganie. Koło północy chcąc nie na czczo pójść do spoczynku, dawano wereszczakę, po czym po parę lampeczek krupniku lub ponczyku wypić wypadało i to się nazywało podkurkiem.” *
Cytat może przydługi, ale jakże smakowity! Nie mogłam się oprzeć, także i dlatego, że obrazuje niepoślednią rolę apteczki w biesiadnym obyczaju ziemiaństwa. A tradycja jej długa i bogata. Pan Podstoli w powieści Ignacego Krasickiego nadmienia, iż “apteczka domowa żony mojej nie tylko od wódek i przysmaczków, ale i od lekarstw.”
Pod kluczem
W apteczce znajdowały się pod kluczem najcenniejsze zapasy służące tak przyjemności domowników oraz gości, jak i “zdrowotności” rodziny i okolicznych włościan, którzy z dawien dawna w nagłej potrzebie udawali się po pomoc do dworu. Musiała więc pani dziedziczka mieć na podorędziu stosowne driakwie, maści, zioła i wszelakie specyfiki na rozmaite przypadłości. A że obyczaj gościnności nakazywał przyjąć zapowiedzianego i niespodziewanego przybysza “należało i do tego usposobić się, by w chwili stanowczej nie brakowało niczego.”
Były zatem dwa rodzaje apteczki: jedna “dla zdrowia czyli jako lekarstwa”, druga “dla wygody i przyjemności czyli jako przysmaki”. Im dwór był bogatszy, tym zasobniejszą miał apteczkę. W magnackich pałacach bywały to nawet rozległe piwnice, zwane niegdyś sklepami. Częściej jednak apteczkowe specyfiki i specjały mieściła osobna izba znajdująca się w sąsiedztwie jadalni, albo jedna lub dwie szafki zamykane na klucz. Karolina z Potockich Nakwaska, propagatorka nowoczesnego prowadzenia dworu wiejskiego, radziła paniom domu, aby urządziły apteczkę nie tylko jako podręczną spiżarnię, ale przysposobiły ją na “damską pracownię, z której niejedno doświadczenie równie przyjemne i pożyteczne wyjdzie jak z laboratorium chemika.”
Panna apteczkowa
Zaopatrzeniem apteczki domowej zajmowały się nawet małżonki książąt, uważając za swe powołanie troskę o zdrowie poddanych. Księżna Anna, synowa królowej św. Jadwigi, własnoręcznie smażyła co jesień i zaprawiała owoce, by rozdawać je potem “ubogim, słabością złożonym osobom”. W wiejskim dworze pieczę nad apteczką sprawowała zazwyczaj osobiście jejmość pani, która uczyła córki sporządzania i stosowania leków oraz robienia wykwintnych przetworów i trunków. Dopiero wyuczywszy się tego mogły panny iść za mąż. W zamożniejszych domach specjalne zapasy przygotowywała i zarządzała nimi “panna apteczkowa”. Była nią najczęściej daleka krewna albo przygarnięta i otoczona rodzinną opieką uboga sierota, która za mąż nie wyszła.
Dla toalety i dla uciechy
Najcenniejszy dział apteczkowego składu stanowiły nalewki oraz konfitury będące chlubą każdej gospodyni, świadectwem jej zapobiegliwości i talentu. A trzeba przyznać, że inwencji naszym praprababkom nie brakowało. Robiły nalewki pachnące “dla toalety”, aromatyzując wódkę płatkami róż, lawendą, cyprysem, konwalią, hyzopem. “W potrzebie jakiej do smarowania” służyły “spirytusy bocianowe, mrówczane albo gorzałka czysta nalana na różne gady, a osobliwie żmije żywcem do flaszy wpuszczone”. Takie specyfiki robiły w domu tylko co śmielsze białogłowy, bojaźliwe zaś sprowadzały weneckie mikstury.
Wielka była rozmaitość napitków, a niektórych ingrediencji, od których wzięły swe nazwy, nie sposób dzisiaj rozszyfrować. Łukasz Gołębiowski napomyka, że panie “przyprawiając wódki i kosztując je zbyt często, rozpijały się niekiedy”. Za czasów autora “Domów i dworów” (przełom XVIII i XIX wieku) znana była jeszcze wódka alkiermesowa, kurdybanowa (być może przyrządzana na kwiatach miododajnej rośliny o nazwie bluszczyk kurdybanek), szumówka czy tajemniczy trunek “z gałganami” zwany fort. Można się tylko domyślać, że była to nalewka na kłączach wschodnioazjatyckiej rośliny znanej jako galanga lub gałgan. Nie słychać też już teraz o białomorwówce z owoców morwy, a z wódek alembikowych pędzonych z nalewów na wonne korzenie, zioła rozmaite i polne kwiaty, a także owoce ostała się w naszej tradycji tylko śliwowica. Uznaniem cieszyła się niegdyś nalewka na pestkach brzoskwiń zwana persiko.
Tajemnica alchemików
Na liściach owadożernej rosiczki sporządzano słynne rosolisy. Roślina owa uważana była w średniowieczu za panaceum na różne choroby, zwłaszcza śledziony, wątroby i dróg oddechowych. Kleista ciecz o miodowym zapachu wydzielana przez rosiczkę miała też wpływać odżywczo i wzmacniająco na cały organizm oraz przeciwdziałać sklerozie. Wytwarzanie rosolisów długo pozostawało tajemnicą alchemików, którzy ulepszali leczniczy trunek miodem oraz płatkami róż lub fiołków, a także destylatami i nalewami spirytusowymi na zioła i korzenie. W Polsce z produkcji rosolisów zasłynęła Fabryka Rossolisów, Likierów i Rumu Alfreda hr. Potockiego, założona w 1784 roku w Łańcucie. Jej tradycje kontynuuje polmosowska Fabryka Wódek w Łańcucie.
Dary lasu i ogrodu
Specjalnością wiejskich dworów były jednak przede wszystkim nalewki ziołowe i owocowe, bo też skrzętne gospodynie miały do dyspozycji całe bogactwo ogrodu i okolicznych lasów. Stały więc w apteczce różne gatunki ratafii. Nalewka na wielu różnych owocach dodawanych do gąsiora w miarę ich dojrzewania to tylko jeden, a nie jedyny, jak się często sądzi rodzaj tego trunku. Oprócz ratafii mieszanych, w których żaden ze składników nie powinien dominować, przyrządza się ratafie o przewadze smakowo-zapachowej jednego owocu. Francuzi na przykład słynęli z ratafii brzoskwiniowych i morelowych, Amerykanie – cytrusowych, Polacy zaś z rozpowszechnionych na Kresach likierów wiśniowych. Za czasów saskich za kieliszek dobrej ratafii płacono tynfa (pierwsza polska moneta srebrna). Nazwa ratafia wywodzi się od kreolsko-francuskiego toastu z XVII wieku wznoszonego przy zawieraniu umowy (łacińskie rata fiat conventio – aby umowa została zawarta).
Wracając jednak do zawartości naszej apteczki przyjemnej, to obok wiśniówek, znajdowały się w niej trunki z węgierek i renklod, smorodinówka z czarnej porzeczki, aromatyczna pigwówka i likier malinowy, wytrawny jarzębiak dla panów, a dla pań słodka “jarzębinka”. Bohaterowie powieści Marii Rodziewiczówny często popijają dereniówkę, a i trunkiem na śliwkach tarniny nie gardzą. Na polowaniach najchętniej rozgrzewano się kieliszkiem jałowcówki lub żubrówki albo dzięgielówki, zaś gospodarz dla bezpieczeństwa pilnie baczył, aby owych “driakwi” nikt nie zażył w nadmiarze. Za to na wieczornym przyjęciu, którym zwyczajowo dziedzic podejmował zaproszonych na polowanie, folgowano już sobie bez skrępowania, korzystając z apteczkowych zapasów pani domu.
Dwa tygodnie po św. Janie nastawiano nalewkę na zielonych orzechach, bo wtedy były najodpowiedniejsze na trunek nieodzowny przy niestrawności, przejedzeniu czy “katarze żołądka”. Teraz, kiedy często mamy upalne wiosny i wszystko dojrzewa szybciej, trzeba wcześniej sprawdzić, czy aby orzechy już nie nadają się na nalewkę. Łupina powinna być jeszcze miękka, a wnętrze orzecha powinno mieć galaretowatą konsystencję.
Zapobiegliwe panie domy nie omieszkały zalać wódką także wonnego kwiatu lipy, świeżych liści mięty pieprzowej czy gałązki piołunu. Z kłącza ziela tatarskiego czyli tataraku była ajerówka, a wódka karolkowa to dawna nazwa kminkówki – jednej z najstarszych nalewek, równie niegdyś u nas popularnej jak anyżówka. Na Śląsku Cieszyńskim ajerówkę pito w okresie świąt wielkanocnych, zwłaszcza w Wielki Piątek, ale tylko kieliszek na czczo, co symbolizowało duchowe oczyszczenie i miało ścisły związek z obrzędami wielkopostnymi. Miodulę śląską natomiast podawano tradycyjnie na dożynkach, weselach i chrzcinach.
W dobrze zaopatrzonej apteczce nie mogło zabraknąć rozmaitych esencji do szybkiego przyprawiania wódki. Na Kresach przyrządzano w tym celu czyste jak łza ekstrakty w sposób, który ma w sobie coś z alchemii. W słoiku wypełnionym do połowy spirytusem zawieszano muślinowy woreczek z owocami, tak by nie dotykał płynu, i szczelnie zamykano naczynie. Opary alkoholu wyciągały z owoców nie tylko smak i zapach, ale także kolor. W trzy tygodnie powstawał ekstrakt o niezwykle skoncentrowanym smaku i aromacie. Zmieszana z nim wódka ratowała honor domu, gdy zabrakło innych długo dojrzewających trunków.
Żenicha kresowa
Szczególna rola przypadała w bogatej kresowej tradycji nalewce z dzikiej róży. Robiono ją w domach, w których były panny na wydaniu, stąd zwała się żenichą. Pękaty gąsiorek ustawiony na parapecie okna od ulicy był sygnałem, iż pora przyjeżdżać w konkury. Wieść rozchodziła się pocztą pantoflową po okolicy, rodzice panny organizowali bale i spotkania towarzyskie, zaczynał się czas zalotów i amorów. Babcie pilnujące jeszcze w czasach międzywojennych zwyczaju nastawiania żenichy, pamiętały też towarzyszący jej wierszyk: “Nim dojrzeje ta nalewka – za mąż pójdzie twoja Ewka”.
Radość eksperymentowania
Minęła wprawdzie piękna i barwna epoka “apteczki przyjemnej”, ale przygasła w latach powojennych tradycja sporządzania domowych trunków odżywa na nowo. W wielu domach zachowały się dawne przepisy, po które dzisiaj coraz chętniej sięgają wnuki, wracając do tradycji lub szukając w nich inspiracji do tworzenia niepowtarzalnego klimatu kulinarnego i biesiadnego we własnej rodzinie. Każdy, kto jakiś już czas robi nalewki, przyzna mi pewnie rację, że jednym z uroków trunkowego rękodzieła jest eksperymentowanie. Wiedza o sporządzaniu nalewek, nowe przepisy są właściwie zaproszeniem do zabawy. Czasami fantastyczny trunek powstaje z niezbyt udanej nalewki. Coś nam w niej nie pasuje, więc szukamy smaku przez łączenie różnych nalewów, uzupełnianie przypraw, i tak rodzi się dzieło niepowtarzalne, bo mało kto w tej zabawie zapisuje proporcje składników. Bywa też tak, że nalewkę, której “coś brakuje” odstawiamy w kąt szafy i zapominamy o niej, a po dwóch, trzech latach odkrywamy ją na nowo i okazuje się, że jest rewelacyjna. Oprócz bowiem alkoholu i ingrediencji smakowo-aromatycznych najważniejszym składnikiem domowych trunków jest czas.
Niedościgłym dla mnie mistrzem nalewek ziołowych, ale też mistrzem cierpliwości jest Sławek Przybyłowski z Chorzowa, przyjaciel i harcerski patron, od którego bardzo dużo się nauczyłam o nalewkach. Robi je ponad czterdzieści lat i ma w swojej apteczce nalewki kilkudziesięcioletnie. Trzydziestą piątą rocznicę ślubu na przykład świętował trzydziestoletnią figówką (trunek niezwykły, na który niestety nie podaje przepisu, ponieważ dostał go kiedyś w zaufaniu od przyjaciela, więc solennie dochowuje tajemnicy). Jeśli jednak dzieli się jakimś przepisem, każdą recepturę kończy zaleceniem “... i odstawić na zapomnienie”.
Ciekawe, że tradycja sporządzania domowych trunków bujnie zaczyna odżywać w czasach, kiedy na półkach sklepowych mamy taką rozmaitość alkoholi, jak nigdy dotąd. Najpiękniejszą refleksję wyjaśniającą to zjawisko usłyszałam od pana Stanisława Brudnego, aktora warszawskiego Teatru Studio, mistrza sporządzania ratafii i konesera trunkowych rękodzieł. Tak otóż powiedział: “W nalewce jest coś więcej niż tylko najświetniejszy alkohol. Jest satysfakcja, że człowiek sam to zrobił, że to jest zdrowe, że trunek dojrzewał latami w domowych zakamarkach. Nalewka przesiąka atmosferą rodziny, świąt, radością z sukcesów domowników. Tkwi w niej jakaś tęsknota do zasobności dawnych spiżarni i kredensów, do dostatku i poczucia stabilizacji w najlepszym znaczeniu tego słowa”.
Chwała Ci Waldku Suliszu, że krzewisz ten piękny obyczaj i tworzysz właściwie współczesny kształt starej tradycji. Oprócz bogactwa nowych inspiracji do komponowania nalewek bardzo ujmuje mnie w Kresowych Turniejach i to, że mimo rywalizacji właściwej konkursom, spotkania te integrują ludzi hołdujących staropolskiej tradycji.
Halina Mamok
* Fragment wspomnień Leona Potockiego przytoczyłam za książką prof. E. Koweckiej “W salonie i w kuchni”.
Przepisy
Orzechówka
6 zielonych orzechów włoskich, 1 litr 70-procentowego spirytusu, 10 dag cukru.
Orzechy drobno posiekać nierdzewnym nożem (koniecznie w gumowych rękawiczkach, ponieważ barwią ręce w sposób trudny do usunięcia), zalać spirytusem i odstawić w ciemne miejsce na sześć tygodni. Potem zlać alkohol znad owoców, a te zalać wystudzonym syropem sporządzonym z cukru i 300 ml wody. Syrop wyciągnie z orzechów resztę alkoholu i jeszcze sporo smaku. Po tygodniu zlać go i już wedle własnego gustu posłodzić nim nalewkę.
W moim domu orzechówka jest nieodzownym trunkiem na święta, kiedy długo się biesiaduje i sporo zjada. Mały kieliszek tej mocnej nalewki stanowi też środek pierwszej pomocy przy dolegliwościach żołądkowych, nawet przy zatruciach pokarmowych czy biegunce. Polecam również orzechówkę w drinku z tonikiem i lodem. Zielone orzechy są najbogatszym naturalnym źródłem witaminy C, i to świetnie wyczuwa się właśnie w drinku.
Ajerówka
2 kłącza tataraku, 0,25 litra spirytusu 96-procentowego, 1 łyżka cukru.
Kłącza tataraku umyć, sparzyć, obrać i pokroić w cienkie paski, po czym w słoju zasypać cukrem, zalać spirytusem zmieszanym z 0,25 litra przegotowanej, wystudzonej wody i szczelnie zamknąć naczynie. Odstawić je w ciemne, ciepłe miejsce na sześć tygodni. Co parę dni wstrząsnąć mocno słojem. Następnie nalewkę zlać i w butelce odstawić do sklarowania. Powinna dojrzewać co najmniej sześć miesięcy.
Ajerówka jest doskonałym aperitifem, ponieważ wzmaga apetyt i ułatwia przyswajanie składników odżywczych z pokarmu. Jest także dobra dla osób wysilających szare komórki, jako że korzystnie wpływa na pracę mózgu i wzmacnia układ nerwowy. Najlepiej smakuje schłodzona do 12 stp. Celsjusza.
Żenicha kresowa
1 kg dorodnych owoców dzikiej róży zebranych po pierwszych przymrozkach (można także włożyć je na dwie doby do zamrażalnika), 0,75 litra spirytusu, 0,5 litra czystej wódki 40-procentowej, 0,5 litra miodu, 5 – 6 goździków, po 1 łyżeczce suszonego kwiatu rumianku i mięty.
Owoce ponakłuwać, dodać przyprawy i zalać spirytusem. Szczelnie zamknięty słój ustawić w ciepłym miejscu na pięć tygodni. Następnie alkohol zlać, a owoce dobrze wycisnąć, uzyskany sok przecedzić i połączyć z nalewką. Miód zagotować z 2 szklankami wody, ostudzić, dodać wódkę i wymieszać z nalewką. Gotowy trunek porozlewać do butelek i pozostawić do sklarowania. Potem ściągnąć klarowny płyn, a osad przefiltrować przez lejek z watą bawełnianą upchaną w nóżce. Żenicha powinna dojrzewać co najmniej trzy miesiące.
Nalewka na limecie
1 limeta, 1 cytryna, 0,5 litra spirytusu, 20 dag cukru.
Limetę wyszorować namydloną szczoteczką i opłukać wrzątkiem. Do słoja z szerokim otworem wlać spirytus i zawiesić nad nim w kawałku gazy owoc (gazę wcześniej dobrze wypłukać, aby nie pozostał w niej zapach środków sterylizacyjnych), po czym słój szczelnie zamknąć i postawić na miesiąc w ciemnym miejscu. Po tym czasie wyjąć limetę, przekroić i wycisnąć z niej sok, który dodać do ekstraktu alkoholowego. Następnie z cukru i 0,5 litra wody zagotować syrop, lekko przestudzić i połączyć ze spirytusem. Kiedy nalewka całkowicie wystygnie dodać do niej sok z dużej cytryny i odstawić do sklarowania.
Klarowny płyn ściągnąć giętką plastikową rurka o małej średnicy (można o takie rurki pytać w sklepach ze sprzętem medycznym), a osad przefiltrować na sicie do płukania owoców wyłożonym dwoma warstwami ręcznika papierowego (białego, bez nadruków). Sito należy umieścić w szczelnie przylegającej misce, przykryć płaskim talerzem lub pokrywką i spokojnie odczekać aż alkohol się przesączy. Połączyć go z nalewką. Nadaje się ona do picia już po trzech miesiącach, ale im dłużej stoi, tym jest lepsza.
Bardzo dobrze smakuje schłodzona, a ja najbardziej ją lubię w drinku z lodem i tonikiem. Przyjemnie komponuje się również z miętówką na kostkach lodu z dodatkiem gazowanej wody mineralnej. Wykorzystuję ją także często do przyprawiania innych nalewek, np. wiosennej na kwiatach czarnego bzu czy jeżynowej. Limetówka ma bardzo intesywny aromat i smak z nutką goryczy, toteż doprawiając nią nalewki, należy dodawać małymi dawkami i próbować, aby nie zdominowała podstawowego trunku.
Miętówka
10 gałązek świeżej mięty pieprzowej, 0,5 litra 70-procentowego spirytusu, 15 dag cukru.
Miętę zalać w słoju spirytusem i odstawić w ciemne miejsce na 7 do 10 dni. Po tym czasie alkohol zlać, a liście wycisnąć. Ugotować syrop z cukru i 200 ml wody, przestudzić go i połączyć z wyciągiem alkoholowym. Słodycz nalewki można sobie regulować gęstością syropu. Nadaje się do picia po miesiącu, a w drinkach nawet po dwóch tygodniach.
Miętówka ma przepiękny, intensywnie zielony kolor, który jest jednak nietrwały i stopniowo przechodzi aż do brązu, a na spodzie wytwarza się osad. Na szczęście nie zmienia się smak. Będę jednak wdzięczna czytelnikom Apetyciku za każdą radę, jak zachować zieleń miętówki.
Nalewka wiosenna
40 dużych baldachów kwiatu czarnego bzu, 2 cytryny, 1 kg cukru, 400 ml spirytusu.
Kwiatów czarnego bzu się nie płucze (!), bowiem najcenniejszy jest w nich pyłek. Trzeba je więc zbierać w miejscu wolnym od spalin i kurzu, w okresie pełnego kwitnienia i w suchy, słoneczny dzień.
Jedną cytrynę wyszorować namydloną szczoteczką, opłukać gorącą wodą, pokroić w plastry i usunąć z nich pestki. Z kwiatów poobcinać zielone szypułki i układać je w 2-litrowym słoju, przekładając plasterkami cytryny. Zagotować syrop z cukru i 1 litra wody, dobrze go wystudzić i zalać nim zawartość słoja. Słój przykryć papierem pergaminowym lub serwetką i postawić w nasłonecznionym miejscu (jeśli pogoda nie sprzyja, to przy piecu albo jakimś innym ciepłym miejscu; ja stawiam koło czajnika elektrycznego) na 10 dni. Co dwa dni przemieszać zawartość słoja. Z biegiem czasu syrop zaczyna lekko fermentować i nabiera ostrości. Wtedy nadaje się już do zlewania. Przecedzić go na sicie do płukania owoców, zaś kwiaty, w których jest jeszcze dużo słodyczy i smaku zalać w emaliowanym garnku niegazowaną wodą mineralną i zostawić na parę godzin, a potem przecedzić. Tak otrzymamy świetny napój, który po schłodzeniu dobrze gasi pragnienie.
Nalewkę natomiast robi się następująco: 600 ml syropu z pierwszego zlewania wymieszać ze spirytusem, dodać sok wyciśnięty z dużej cytryny, pół łyżeczki do kawy korzenia arcydzięgla (można go kupić w sklepach Herbapolu) oraz 50 ml nalewki na limecie lub niesłodzonego ekstraktu z pigwy. Nalewkę odstawić w ciemne miejsce na miesiąc, co parę dni wstrząsając butelką. Potem pozostawić ją w spokoju do sklarowania; osad przesączyć “metodą sita”. Trunek jest gotowy do picia po trzech miesiącach. Mnie najlepiej smakuje z kostką lodu albo w drinku z tonikiem. Do drinka można dodać łyżeczkę soku z cytryny.
W tym roku zrobiłam eksperyment, zalewając same kwiaty czarnego bzu 1,5 litrem 50-procentowej wódki. Alkohol zlałam po 10 dniach. Trunek jest wytrawny, aczkolwiek ma nutkę samoistnej słodyczy. Wynik eksperymentu już wydaje mi się interesujący, a okaże się jeszcze, czego dokona czas. Poza tym można ten wyciąg komponować również z samym syropem z kwiatów lub z nalewką sporządzoną na syropie.
Borowiczka
1,5 kg borówek (brusznicy), 1 litr 70-procentowego spirytusu, 0,75 litra wódki, 4 duże łyżki miodu wielokwiatowego lub akacjowego.
Dobrze dojrzałe borówki zalać spirytusem, zamknąć szczelnie słój i zostawić go w nasłonecznionym miejscu do czasu aż owoce zbledną i nabiorą woskowego wyglądu (trwa to około czterech tygodni). Wtedy zlać spirytus, a borówki ponownie zalać miodówką (miód rozmieszać w niewielkiej ilości letniej wody i połączyć z wódką) i odstawić w ciemne miejsce na dwa, trzy miesiące. Po tym czasie zlać wódkę, zmieszać ją z pierwszym nalewem i odstawić do sklarowania. Po sklarowaniu nalewka powinna dojrzewać rok.
Borowiczka jest ostra, cierpka z nutką goryczy; przypomina destylat owocowy. Można ją zrobić w łagodniejsze wersji, dosładzając albo większą ilością miodu, albo syropem cukrowym, a najlepiej syropem borówkowym. Fantastyczny syrop borówkowy robią Szwedzi i jest on do kupienia w sieci IKEA.
wstecz