Tajemnica Kresów
Przekręcam zgięty kluczyk w okutym zameczku i opuszczam ciężki mahoniowy blat. Tak samo. Wszystko tak samo. Dwa rzędy gładko zamkniętych szufladek i podparta dwiema kolumienkami z kości tajemnicza kapliczka wnętrza, patrząca zzieleniałą lustrzaną taflą...
Teraz trzeba położyć rękę na kolumience tak właśnie, jak widziałam, że czyniła to inna, nieistniejąca dziś ręka. Dobrze. Kolumienka wysuwa się lekko, ciągnąc za sobą wąską, wysoką szufladkę, właściwie teczkę drewnianą, pełną starych dokumentów, aktów, klepsydr. Trzeba ją odstawić na bok, a w otwór pozostały po niej wsunąć rękę. Nie ma na co czekać. Żadna ręka nie ujmie i nie poprowadzi mojej, kierując nią po gładkim drewnie, aż do ukrytego guziczka. A przecież z tym samym zatchnięciem odnajduję tajemnicze miejsce. Odskakuje najgłębsza szufladka i moje ręce same wyjmują ją i ustawiają na blacie.
Tajemnice rękopisów
Jest. Prawie pełna. Zapełniają ją drobne, szczelnie owinięte białym papierem, płaskie pakiety. Mają napisy zżółkłe, jedną przeważnie pisane ręką. Litery okrągławe, śmiałe, a przecież nieco drżące. Mimowolnym ruchem zakładam ręce w tył i patrzę. Jak niegdyś. Rzeczy zapamiętane z dzieciństwa, a zobaczone po latach, wydają się zazwyczaj drobniejsze, błahsze, nie odnajduje się w nich bowiem dawnej skali spostrzeżeń i wzruszeń.Otóż nie. Tu jest tak samo. Zupełnie tak samo. Wszystko jest raczej większe. A może nawet... i tych pakietów jest więcej. Znów nie ma na co czekać. Trzeba swoimi rękami...Odkładam kolejno małe, sztywne zawiniątka, odczytując napisy. Tak jest...już życie – moje.
Jest się na wsi
Jest się na wsi, w chmielowej altanie, wczesnym słonecznym rankiem. Na ławce stygną świeżo usmażone konfitury wiśniowe, purpurowe w lśniącej miedzi brytfanny. Pachną słodko i mocno, zwabiając stada wciąż odganianych, wciąż powracających os. W tafli purpurowego soku widać odbite wnętrze altany, zatarte, rozkołysane i tajemnicze. Na stole kosze i półmiski wisien. W ruchomej siatce światła drobne ręce matki wyjmują zręcznie pestki z cieknących sokiem owoców. W bladozłotych włosach lśni bladozłoty lipowy kwiat. A na tym wszystkim drga krążek słonecznego blasku. Jeden. Spomiędzy liści. Nagle w wejściu altany nieoczekiwanie staje ojciec. Krzyk. Wiśnie potoczyły się z kolan matki. Rozstawiła daleko od siebie ubarwione sokiem ręce i tą bladozłotą głową rozświetloną teraz słońcem, podaje mu się do pocałunku. Nie. Teraz kąt wielkiej kanapy w uroczyście oświetlonej sypialni. Z obu stron wielkiego lustra palą się kandelabry. Na toalecie blask świec migoce w rozłożonych klejnotach. Z szuflad zwisają kaskady wstążek, koronek i piór. Na środku pokoju, w balowych adamaszkach barwy bladobłękitnej wody, stoi królowa. Nie – matka. Panna służąca klęcząc układa tren sukni. Matka zapina ciężkie łańcuchy bransolet na olśniewających bielą ramionach. Z jej złotej głowy w pełnym blasku świec spływa pęk smutnych, bladobłękitnych piór. Wszystko się iskrzy i migoce, i drga. Do pokoju wchodzi ojciec, czarny i smukły, z białym bukietem w ręku. Matka... Nie. Dość. Po co ciągnąć ten sznur najżywszych wspomnień aż do chwili, gdy na tych rękach, kiedy na tych ramionach...
Do mego wuja jeździło się na każde wakacje i święta. Mieszkał na Litwie, w zapadłym żydowskim miasteczku, gdzie nie było kolei, biblioteki, szkoły średniej, ale była siedziba biskupia i wielkie seminarium duchowne. Obok czarnych chałatów żydowskich, nieskończone procesje kleryków w czarnych kapeluszach i sutannach nadawały miasteczku jemu tylko właściwy specyficzny charakter. W obramieniu mrocznego lasu i porosłego świerkami cmentarza, pod okiem potrójnego jeziora patrzącego z bagnistych łąk, miasteczko zdawało się roić od dziwnych, czarnych dwugatunkowych ptaków, z których jedne, swarliwe, gnieździły się w małych, wszędzie rozrzuconych budowlach, drugie zaś, uroczyste i milczące, w wielkim ciemnym gnieździe pod dwiema wysokimi wieżami.
Miasteczko leżało o 10 mil od kolei. Sama jazda była już niesłychaną radością. Na stacji w Grodnie witał mię, wysiadającą z wagonu, najczęściej stary brodaty woźnica Żyd, wyrażający za każdym razem zachwyt, żem tak urosła. Gdyby wrażenia jego były oparte na rzeczywistym stanie rzeczy, wzrost mój dzisiaj mógłby się równać z pewnością z najwyższą wieżą sejneńskiego kościoła. Na szczęście była to czysto subiektywna przesada. Wręczał mi koszyk z pokrywą, gdzie znajdowałam zawinięte w niepokalaną serwetę: kurę pieczoną, wędliny, nieskończoność pierożków i ciastek, herbatę i cukier w pudełku oraz konieczną dla rozgrzewki butelkę litewskiego krupniku. Wszystko było artystycznie ułożone, smakowite i obfite – i wprowadzało od razu w nastrój zawianego śniegiem domu ze staroświeckimi doniczkami kwiatów na oknach. Widziałam szykującą ten koszyk, na wielkim dębowym kredensie, maleńką suchą staruszkę z czarną koronką na głowie i w czarnych mitenkach na rękach, zaaferowaną, że nie wszystko się zmieści i czy aby Broneczka nie będzie głodna... I wuja uspokajającego obawy teściowej zza rozłożonych na stole starych pasjansowych kart, pod portretami dziadków w dziwnych stylowych strojach. I chwytał mię od razu specjalny, miejscowy patriotyzm, każący zapomnieć doszczętnie o absorbujących mię aż do tej chwili sprawach szkoły, miasta, domu. Po posiłku zjeżdżało się w wielkiej, w trzy lub cztery konie zaprzężonej arce na kołach czy płozach, stosownie do pory roku, i przebywszy promem wartki, błękitny Niemen, puszczało się w nieskończoną, kołyszącą jak stara bajka, drogę do Sejn. Och, te popasy sopoćkińskie i kopciowskie, z syczącym samowarem, opstrzonymi oleodrukami na ścianach, z grzanymi futrami i bezinteresownie rozczuloną życzliwością ludzką. Późnym wieczorem otwierały się drzwi oszklonego, zapadłego ganku i atmosfera pełna pocałunków i użalań nad zmęczeniem podróżnych, ciepła i brzęku naczyń ogarniała rozkołysaną głowę. A potem świeża, pachnąca ziołami pościel, kot pieszczoch w nogach łóżka, obudzenie białym rankiem, świtającym przez wycięte serduszka okiennic, pieszczota drobnej ręki w jedwabnej mitence, kawa z kożuszkiem, dzień dobry w kancelarii wuja i już potoczne, normalne koło parotygodniowego rozkosznego wypoczynku. Zaczynała je wizyta w pokoju pani Hipolitowej. Nigdzie na świecie nie widziałam kąta pełnego tak osobliwych pamiątek. Nawet kwiatów takich jak tam nie widywało się nigdzie indziej. Nieskończona ilość najdziwaczniejszych kaktusów i jedyny autentyczny purpurowo kwitnący cierń Chrystusowy, woskowiec o istotnie drobnych jak z wosku ulepionych kwiatach, doniczka żółtego piżma dla zapachu i królująca nad wszystkim, na drewnianej drabince rozpięta passiflora, czyli męczennica. A na serwantce jakieś bukiety z włosów, rzeźby z chleba, kreda święcona, różańce z Ziemi Świętej, figurynki sewrskie, nieśmiertelniki, gromnice.
W spiżarni
Stamtąd przez kuchnię z królującą tam starą Agatą i młodą Agatką (nigdy nie zrozumiem obfitości imienia Agaty w Sejnach), wędrowało się do właściwego laboratorium i świątyni domowej – do śpiżarni. Był to wielki, parookienny pokój z mnóstwem szczelnie zastawionych półek, stołów i stołków. Pani Hipolitowa spędzała tam większą część dnia, a nierzadko spotykało się tam i mego wuja, jak z przechyloną łysiną, przymrużając swe dziecięco błękitne oczy, badał stan kosztownych, słynnych w Sejnach i okolicy, butli i gąsiorów. Przez blade szkła świeciły nieprawdopodobną intensywnością i czystością barwy owocowe nalewki, kordiały i przetwory. Płynne złoto nad dobranymi kulami moreli, rubinowe słoje napęczniałych wisien, liliowe tarki, rude jarzębiny, fioletowe śliwy i najgłębszy, szafirowy prawie, fiolet czarnej jagody. Jak alchemiczna pracownia albo uczta z sezamowych skarbów świeciły konfitury, soki i krupniki cedzone, przelewane, przenoszone z cienia na słońce, a ze słońca w cień, wedle najniezawodniejszych, dziś nieistniejących, recept pani Hipolitowej. Wszystko szykowane na wielkie dnie tryumfów, kiedy za długim, iskrzącym kryształami na śnieżnym obrusie stołem zasiędzie wielkie stado uroczystych czarnych ptaków niemilczących już, ani ponurych w te chwile, ale gwarzących głośno przy kielichach pełnych rubinów i złota. Okrągłe, opasłe, jowialne albo senne twarze rozjaśniały się wtedy najradośniejszymi z uśmiechów, łysina wuja świeciła różowo i dumnie pochylona nad krzesłami gości, a maleńka staruszka na honorowym miejscu śledziła bystrymi czarnymi oczami, czy nie dostrzeże w swoim arcydziele jakiejś, najnieznaczniejszej choćby usterki. I zdziwiłam się, kiedy na ostatniej z uczt zobaczyłam w tych oczach wyraźną melancholię. A przecież wszystko było bez zarzutu. I bukiety tortów, i kolejność półmisków, i sprawność Agatki. Nie zapomniałam nazajutrz zapytać o przyczynę niezrozumiałego smutku. Otrzymałam nadspodziewanie szczerą odpowiedź: “Wiesz kochanko, że wuj twój żeni się powtórnie. Sama tego pragnęłam najwięcej i kocham jego przyszłą żonę jak własne dziecko. Ale panna Jadwiga jest wolnomyślna. I potem wszystko tu będzie inaczej”. Tak, nie myliła się pani Hipolitowa. Istotnie potem było tu wszystko inaczej. Panna Jadwiga butle i gąsiory na półkach zastąpiła wielkimi tomami książek i rozegnała precz stado uroczystych czarnych ptaków, które też później bezlitośnie ją zadziobały. Ale to już bajka inna, ponura jak noc i niemająca nic wspólnego z dziejami małego domku, pełnego owocowych klejnotów. Tego dzieje kończą się w mej pamięci w pewien pogodny ranek jesienny, kiedy przed opuszczeniem ostatecznym domu mego wuja, pani Hipolitowa, razem z zaproszonymi siostrami, wyruszała na ostatnią pielgrzymkę do swych rodzinnych stron i grobów – w Augustowie.
Bronisława Ostrowska, Utwory prozą, W starym lustrze,W sejneńskim dworku (fragmenty)
wstecz